pory dnia

Piotrowi

I
świt

leży
twarzą w stronę słońca
plecami odwrócona do ziemi

oczy poruszone przez światło
rozpoczynają tok budzenia
proces insolacji
drżą czule nasłonecznione źrenice

zamiast witaj mówi
żegnaj
dniu
nigdy się nie zobaczymy

zwilża językiem spierzchnięte usta
pragnienie żąda zaspokojenia

i trzęsą się niecierpliwe dłonie
które chciałyby sięgnąć niczyjego

parzy się herbata

ćmi słońce

II
południe

mając w ustach przeżute słowa
wypluwa
pozbywa się jego z siebie

powoli następuje
zmiana czasu z letniego na zimowy
z ich czasu na jej własny
- chaotyczny

ubywa jej jak świecy przy jego łóżku
coraz mniej
mniej
aż chciałoby się powiedzieć
że niknie
razem ze światłem dziennym

chmurzy się

kończy się eksplozja brzasku

III
zmierzch

obmywa twarz
spłukuje
czyści
z blizn
są jak pieczątki na nie wysłanych listach

lampa zachodzi nad stołem
dopala się znicz

a ona
zapisuje na czystej papeterii
niedokończone zdanie

jakże ja mogłam nie przewidzieć

zgroza, zgroza szepcze

i
oczy ubiera w powieki
a ciało przystraja w sen

za oknem
szepty roztrząsają się w powietrzu
drobinki słów zatapiają w mroku

***

a ja
widzę i szepczę
zgroza, zgroza

i roztrząsa się świat

Napisz odpowiedź