prolog
był taki zimny dzień
kiedy
rozstąpiło się ciało na dwoje
I
była zima bez nadziei na wiosnę
byłam ja bez nadziei na ty
dłonie w zimie są suche
włosy rzadkie a usta spierzchnięte jak kora drzew
była zima a ty
rozsypałeś sól z woreczka
topiąc lód na podłodze
każde ziarenko soli topiło:
jeden
płatek
śniegu
zapiekło cię wtedy gardło
pamiętam
II
tamtego dnia rozstąpiła się ziemia
muchy wylatywały ze szpar w oknach
chodziłam po parku otoczona klatką
nie wypuszczałam
oczu spod powiek
kropli potu spod zmarszczek na czole
rąk z zaciśnięcia
znalazłam pod śniegiem suchy liść
ten suchy liść
to twoja ręka która ze starości zwinęła się
i umarła
moje ręce
nie były ładne
bo gdy chciałam krzyczeć z bólu
wkładałam dłoń do ust
i przygryzałam
dlatego
tamtego dnia
podałam bogu swoją rękę i powiedziałam:
boże uchowaj ją przed zimnem
III
gdy stopniał śnieg
znalazłam w parku rękawiczkę
zgubioną w zimie
i ja po zimie byłam jak ona
byłam pusta jak rękawiczka w której niegdyś grzała się dłoń
IV
i o niczym innym ci nie powiedziałam
pamiętam
tamtego dnia
gdy topiłam śnieg solą z łez
i chciałam nią sypnąć tobie w oczy
żebyś załzawił
gdy próbowałam wydobyć słowa z gardła
a one ugrzęzły w nim
jak w śniegu
pamiętam
pomyślałam wtedy
że nie mogę umrzeć na twoją nieobecność
epilog
był taki zimny dzień
kiedy
pozwoliliśmy by ciało rozstąpiło się na dwoje
była zima bez nadziei
byłam ja